Bloog Wirtualna Polska
Jest 921 265 bloogów | losowy bloog | poleć tego blooga | inne bloogi | zaloguj się | załóż blooga
Kanał ATOM Kanał RSS

Newsletter bloogowy

    Polska dla Polaków

    sobota, 03 września 2011 16:58

       Niedaleko ławeczki, przy której razem ze starszym bratem i kilkoma kumplami piłem piwo, tuż przy krawężniku zaparkował samochód. To nic, że nie wolno pić w miejscu publicznym. Obecnym to nie przeszkadzało, w pobliżu natomiast nie kręcił się nikt, kto mógłby nam wlepić za to mandat. Rozmowy przy piwie nigdy nie są niepoważne. Tamta mogła dotyczyć wszystkiego. Polskiej prezydencji unijnej. Przystąpienia kraju do strefy Universe. Układu na Scheeng oraz otwarcia wszystkich korytarzy hiperprzestrzennych. Najważniejszy był jednak samochód, zielony mercedes 190 z 84-go.
       Przednie drzwi od strony pasażera otworzyły się i naszym oczom ukazał się łysy osobnik w szerokich gaciach. Wyprostował się, przeciągnął jak kot, po czym, pogładziwszy się po czaszce, ruszył w kierunku pobliskiego osiedlowego sklepiku. Naszą czwórkę, stojącą kilka kroków od drzwi przybytku, nawet nie zaszczycił spojrzeniem. Kiedy zamknęły się za nim drzwi, wróciliśmy do przerwanej na chwilę rozmowy. Na torturach pewnie bym wyznał, że traktowała o czymś z gruntu istotnym dla wszystkich ras, bez względu na planetarne pochodzenie.
       W drzwiach sklepu pojawił się łysoń. Stał przez chwilę, blokując dostęp do wejścia. Pochylony lekko do przodu odpalał trzymanego między zębami papierosa. Kiedy odpalił, wyprostował się, schował zapalniczkę do kieszonki z tyłu spodni i zaciągnął się głęboko, mrużąc z ukontentowaniem ślepia, po czym ruszył w naszą stronę.
       To, co nastąpiło chwilę później, trwało ułamek sekundy. Zdążyłem zauważyć szybki ruch dłoni obcego, po którym brat zwalił się na chodnik jak podcięty. Po uderzeniu nastąpiło kilka równie szybkich kopniaków w górny segment leżącego braciszka.
       Zaskoczył nas. Początkowo, bo kiedy się otrząsnęliśmy, wszyscy jednocześnie wykonaliśmy ruch w kierunku łysego. Wówczas otworzyły się drzwi od strony pasażera. Z „merca” wychylił się inny łysy łeb.
       – Dupska na miejscu, albo będzie omłot.
       Co mieliśmy robić? Pozwoliliśmy łobuzowi sprzedać jeszcze kilka szybkich memu braciszkowi i odejść w kierunku popierdującej z rury wydechowej dwulitrowej bestii.
       – Polska dla Polaków. U-foki na Grenlandix – rzucił jeszcze przez uchyloną szybę. Merc ruszył z piskiem opon.
       Kumple podnieśli mego braciszka, otrzepali mu chitynę z kurzu. Odsunął ich i podszedł do mnie. Soki żywotne barwiły mu górny segment na zielono. Wiedzieliśmy co robić. Wielu tubylców nie pogodziło się z naszą obecnością na tej planecie i za nic sobie miało pakty, układy, deklaracje oraz niemal pełną asymilację. Motywowani przez różnej maści telewizyjnych i radiowych kaznodziei oraz politycznych doktrynerów, w nas upatrywali winnych wszystkich swoich życiowych niepowodzeń. Tylko, że u nas, na Ignis – nie wiem jak na innych planetach – takich spraw nie zostawiało się nie załatwionymi.
       Objęliśmy się, nasze ciała splotły się w jedność. Nie trzeba było długo czekać – chwilę później powietrze wokół nas zadrgało z gorąca. Kumple, nienawykli do tak wysokich temperatur, uciekli kilkadziesiąt kroków dalej. Trawnik jął dymić, rosnące nieopodal drzewko stanęło w ogniu. Pękły z hukiem wszystkie opony zaparkowanego przy sklepie poloneza. W kierunku, gdzie w labiryncie ulic i budynków zniknął mercedes, pognała niewidoczna, rozżarzona pięść.
       Eksplozja powaliła kumpli na chodnik, zdmuchnęła wszystko, co było zbyt lekkie, by mogło się utrzymać podłoża. Była tak silna, że rozszczepiła nas obu i odrzuciła daleko od siebie.
       Leżeliśmy, przyglądając się wysokiemu na wiele metrów, widocznemu w oddali słupowi ognia. Był piękny, przypomniał mi naszą ukochaną planetę.

       Marek Ścieszek Nowogródek Pomorski 26 lipca 2011



    Podziel się:
    Trackback: http://bloog.pl/id,330303867,trackback

    komentarze (1) | dodaj komentarz

    Miasteczko Szalom, czyli zmierzch w Anatewce

    czwartek, 30 czerwca 2011 22:21

       – Moja najstarsza siostra wyszła za zwykłego krawca. Tate boczył się troszkę, bo ten Kamzoil to okropny golec. Ale Cejtł postawiła na swoim. Wyszła za Motela i jakoś sobie teraz radzą. A ty bogaty przecież nie jesteś?
       Mieć zdusił w sobie odruchową potrzebę sięgnięcia do kieszeni i wywleczenia na wierzch dziurawej podszewki spodni. Skinął pospiesznie głową. Zbyt pospiesznie. Nie potrafił odwrócić wzroku od dziewczyny. Była przepiękna. Miała takie ogromne jasnoniebieskie oczy, na które raz po raz opadała niesforna ruda grzywka. Bał się zrobić czy powiedzieć cokolwiek, co by mogło tę małą Żydóweczkę odstraszyć. Choć fakt, że pojawiła się ledwie zdołał wypełznąć z jamy w lesie, w której regenerował się przez bez mała pięćdziesiąt lat i z miejsca się doń… „przyssała”, świadczyć by mógł, że odstraszenie jej byłoby wyczynem nie lada.
       – Mam własne mieszkanko. Kawalerkę. M-1 w suterenie, ale na własność. Bez obciążeń hipotecznych.
       Salcie przylgnęła ślicznym ramionkiem do kościstego boku Miecia. Załopotała rzęsami. Długaśnymi. Poniżej rzęs miała policzki, pod policzkami kształtną szyjkę. Z boku tej niezwykle apetycznej szyjki rytmicznie pulsowała sina tętniczka.
       – A ten Perczyk, choć komunista, też dobry człowiek. Wiadomo. Hodł na złym by się poznała raz-dwa.
       Zęby Miecia już dotykały białej jak mleko szyi Salcie. Już-już. Ćwierć cala od skóry zatrzymały się i jęły na powrót chować się w dziąsłach. Mieć westchnął ciężko z głową dziewczyny na swoim ramieniu, przeklinając naturę, nad którą tak trudno czasami jest zapanować.
       – Tate kręcił nosem, bo to robienie rewolucji nie jest najlepszym, czego prawy Żyd powinien dokonać w życiu. Jak uważasz?
       – Nie wiem. Nie jestem Żydem.
       – Tak jak Fiedka, mąż Chawy, mojej średniej siostry. Tate okropnie się zezłościł, bo to się pobrali poza jego plecami, wbrew woli. Goj nie jest najlepszą partią dla Żydówki. A już zwłaszcza Rosjanin, albo Ukrainiec.
       – Ja jestem gojem – przypomniał jej Mieć, starając się nie zwracać uwagi na kuszącą go niecnie tętniczkę – a ty jesteś Żydówką.
       – Tate zrozumiał swój błąd. Kiedy po latach spotkał Chawę, wybaczył jej i uznał Fiedkę. Po śmierci mame zmienił się. Wie, co to kochać tak naprawdę, z głębi serca, i co to, postradać jedyną miłość. Kiedy mu powiem, żeśmy pisani sobie, zgodzi się. Co najwyżej upije się potem i zrobi burdę w austerii. Stracił już jedną córkę. Nie chciałby utracić kolejnej. Moja kochana siostrzyczka Szprince utopiła się, a wszystkiemu winna niespełniona miłość.
       Mieć odginał palec za palcem.
       – Ile masz tych sióstr?
       – Pięć. Jest jeszcze Bełkie. Wyszła szczęśliwie za bogatego Pedocera. Tate dziękował za to Bogu na kolanach. Chociaż, kiedy Pedocer zbankrutował i razem z Bełkie i dziećmi pojawił się na progu naszego domu, tate nie był już taki wylewny.
       Spojrzała Mieciowi głęboko w oczy. Uśmiechnęła się, zaś Mieć nie potrafił nie odpowiedzieć tym samym. Zaprawdę, szczęśliwy był to moment, kiedy się przebudził po półwieczu snu a obok właśnie przechodziła rudowłosa, niebieskooka Salcie.
       – Nie jesteś krawcem – powiedziała cichutko. – Wiem jak wyglądają palce nawykłe do zaciskania się na twardej igle. Nie będziesz więc walczył z biedą igłą i naparstkiem. Komunistą też chyba nie jesteś, więc nie ukradniesz memu ojcu córkę, by robić z nią rewolucję gdzieś na drugim końcu świata. Jesteś gojem, ale nie Rosjaninem, ani Ukraińcem bo bym poznała po akcencie, a to dla tate wielki plus. Sam powiedziałeś, że nie masz rodziny, zatem nikt nie stanie na drodze ku mojemu szczęściu. Bogaczem, co widzę po usmolonym ziemią surducie, też nie jesteś. Niby to żadne szczęście, ale i nie masz czego tracić. Tate przyjmie cię z otwartymi ramionami.
       Ta słodka pewność w jej głosie sprawiła, iż Mieć po raz pierwszy w życiu – i nie-życiu – uronił krwawą łezkę na myśl o przyszłości.


    ***
       Cóż, mieć albo nie mieć, pomyślał filozoficznie Mieć, wpatrując się wprost w palce własnych stóp, rozcapierzone tuż przed oczami. Przyszłość, ta najbliższa, może i nie będzie taka, jaką sobie wyśnił. Ale kiedy już się ponownie zregeneruje, kiedy zgnije czosnek wciśnięty między jego zęby oraz zmurszeje pozostawiony w piersi orczyk – średnio licząc, za jakieś pół wieku – odwiedzi Salcie. I tym razem nie będzie już niedoszłego teścia, sadzącego za nim długie susy przez pole z orczykiem w garści, z pianą na brodzie, wrzeszczącego: Tradycja! Tradycja!
       To też dobra przyszłość.


    Marek „terebka” Ścieszek, Nowogródek Pomorski, 11 czerwca 2011



    Podziel się:
    Trackback: http://bloog.pl/id,329895113,trackback

    komentarze (0) | dodaj komentarz

    Niech każdy zna swoje miejsce

    niedziela, 29 maja 2011 15:12

       Stwór trzymał uparcie. Szczęki ze zgrzytem wgniatanej blachy zaciskały się coraz silniej na moim udzie. Uderzyłam dwakroć głownią miecza między rogowe wypustki, ukrywające ślepia. Bez skutku. Czułam jak zbroja coraz mocniej napiera na moje ciało. Bolało jak diabli. Waliłam więc i kopałam, nie wypuszczając z dłoni ogona, zakończonego jadowym kolcem.
       – Puszczaj, skur… – Zawyłam, nie kończąc. Blacha pękła. Popłynęła krew.
       Wierzgnęłam raz jeszcze. Miecz. Włożyłam ostrze między udo a usianą klockowatymi trzonowcami paszczękę. Podważyłam. Puściła. Nim zdołała znów mnie uziemić, wyrwałam się i pokulałam na sam dół gruzowiska. Chyba po drodze coś we mnie pękło. Nieistotne. Najważniejsze, że znów byłam wolna.
    Miecz. Gdzie moje wierne żelazo? Zostało na stercie cegieł, tynku i ziemi. Tuż obok stworzenia, przyglądającego się z góry niczym pan udzielny i zlizującego moją krew z warg. Wstałam powoli, z wysiłkiem, zaczerpnęłam spory haust powietrza i natychmiast z bolesnym sykiem je wypuściłam. No tak! Żebra. Trzeba będzie… Nie. Nie było czasu się nad tym zastanawiać – stwór już sunął w lawinie gruzu w moim kierunku.
       Ujęłam w dłoń sporą, ukruszoną cegłę i przyjęłam postawę. Prawdziwa wojowniczka nigdy się nie poddaje.
       – No, chodź do mnie, maleńki.

       Ciężko było iść przez miasto w zbroi, która już przestała wyglądać jak coś, co nie było kupą powgniatanego, porozrywanego żelastwa. Zdjęłam, porzucając po drodze, wszystko, co nie nadawało się do późniejszego wyklepania. Niemal w samym kaftanie, nogawicach, zakrwawiona, kuśtykałam przed siebie, nawet nie próbując udawać, że nie widzę spojrzeń mijających mnie ludzi. Tak, do diabła.

       Doskonale wiem, jak wyglądam. Nie muszę jeszcze tego odczytywać w czyichś oczach. Wcześniej, zanim zostawiłam łeb stwora u kasztelana i zainkasowałam zapłatę, zainteresowanie przechodniów mnie nie drażniło. Kiedy się widzi strzęp wojowniczki, ledwie utrzymujący się na nogach, ale uparcie żłobiący łbem potwora-ludojada krwawą bruzdę w błocie ulicy, patrzeć można. Teraz na tych najbardziej natarczywych obserwatorów warczałam wściekle, dając do zrozumienia, że sobie nie życzę. Byłam nieludzko zła.
       Kasztelan sowicie mnie wynagrodził. Nawet zaproponował własnego felczera do pozszywania otwartych ran, nastawienia połamanych kości. Nie w tym rzecz. Wkurzała mnie sakiewka, uczepiona do paska. Taka wielka, po brzegi wypełniona srebrnymi monetami. Kiedy nie ma mamony – źle, kiedy jest – jeszcze gorzej. Człowiek sam nie wie, na co ją wydać. Wydatek goni wydatek. Zawartość takiej sakwy to czyste zło. Dawno minął termin opłaty za wynajem kamieniczki. Dach przeciekał, ściany pokrył grzyb, błonę w oknie jakiś gówniarz pociął kozikiem. Trzeba było opłacić niańkę, bo już zaczynała krzywo patrzeć. Dzieciak łaził w upstrzonym łatami giezłeczku, a tu zima się zbliżała. Może ciżemki by się dla niego jakie zdały? Zbroję trafił szlag. Wierzycieli więcej niż kochanków u cesarzowej. Mleczarz, rzeźnik… Nie. Pięciu rzeźników. Ci, najbliżej naszej kamieniczki już nawet najlichszych ochłapów nie dawali na krechę. Trzeba było szukać w innych dzielnicach. Chodzić. Prosić. Obiecywać.

     

       ***
       Moje Kochanie, miłość mego życia, minę miał nietęgą. Ledwie przekroczyłam próg izby, podszedł jakoś tak miękko, przylgnął do mnie, przytulił głowę do piersi.
       – Popatrz tylko, jaki ładny kożuszek – zamruczał przymilnie. – Z wielbłądziej wełny. Z kapturkiem. Ładnie mi w nim będzie.
       Mogło się obejść bez opisów. Miał go na sobie.
       – Ile?
       – Sto talarów.
       Westchnęłam i pogładziłam go po włosach. To niemal cała moja zapłata, ale nie potrafiłam się na niego gniewać.


    Marek Ścieszek, Nowogródek Pomorski 3 maja 2011



    Podziel się:
    Trackback: http://bloog.pl/id,329689050,trackback

    komentarze (1) | dodaj komentarz

    Boromir

    niedziela, 15 maja 2011 10:10

       Oberst Albert Herzt, Kat Huszczki Małej, nie po raz pierwszy w ciągu ostatnich kilkudziesięciu minut zerknął we wsteczne lusterko. Jego wzrok ponownie się prześlizgnął po złotych epoletach, dwóch szpalerach guzików, zdobiących biały mundur. Powyżej Żelaznego Krzyża, Pour Le Merit, oraz wielu innych odznaczeń wyłaniało się z kołnierzyka rumiane, nalane oblicze Hermanna Göringa. W samym sercu lasów Zamojszczyzny. W miejscu dzikim nie tylko ze względu na to, że odebrano je polskim barbarzyńcom, istotom niższego sortu. Podludziom.
       Herzt próbował wyperswadować Wielkiemu Marszałkowi, zapalonemu myśliwemu, pomysł stworzenia właśnie tutaj kolejnej bazy wypadowej przeznaczonej na polowania. Leśniczówka – dobre sobie. To by się Boromir ucieszył, gdyby druga pod względem hierarchii osobistość Rzeszy wlazła mu sama w drapieżne łapska. Nie odniósłszy skutku, przynajmniej może Herzt powiedzieć jedno: starał się jak mógł. Tymczasem już dawno minęli granicę bezpieczeństwa, poza którą napotkanie „boboków” mogło być wydarzeniem tak pewnym jak kac po zgromadzeniu Bundestagu.
    Poczuł na ramieniu delikatny dotyk, chociaż kiedy się odwrócił, Göring tkwił dokładnie w tej samej pozycji, co dotychczas, oparty wygodnie i rozluźniony.
       – Herr Oberst, proszę skręcić tutaj, w prawo. Piękna dzicz, nada się wyśmienicie.
       – Panie Marszałku. Zdążyłem poznać te tereny. Dwa kilometry dalej las przechodzi w mokradła.
       – Herr Oberst, proszę.
       Trudno było polemizować. Herzt skinął głową i trącił łokciem siedzącego za kierownicą gefraitra. Już wkrótce kawalkada motocykli, ciężarówek oraz samochodów terenowych musiała przebijać się przez las tak gęsty i zwarty, że droga zdawała się być zaledwie ścieżką wydeptaną przez zwierzęta.
    Znów dotyk, muśnięcie ledwie.
       – Tutaj będzie dobrze. Proszę się zatrzymać.
       Herzt westchnął, odwrócił się i zachłysnął powietrzem. Tuż przed sobą zobaczył uśmiechnięte oblicze Wielkiego Marszałka. Ręce Göringa wykonały szybki ruch w kierunku głowy gefraitra. Nawet przez warkot silników słychać było trzask pękających kręgów szyjnych. Herzt był szybki, niewiarygodnie wręcz, jednak dłoni zaciśniętej na rękojeści wiernego lugera nie zdążył wznieść powyżej piersi, a tym bardziej obrócić w kierunku napastnika. Usłyszał strzały i krzyki ludzkie, pełne strachu, przerażenia. Nie miało to jednak większego znaczenia – silna dłoń Marszałka zacisnęła się na nadgarstku obersta i pociągnęła gwałtownie. Rozległo się chrupnięcie. Herzt zawył z bólu widząc jak jego własne przedramię opada pod nienaturalnym kątem. Chwilę potem coś zalśniło srebrzyście.

       Drzwi od strony kierowcy otworzyły się. Ktoś bezpardonowo wyciągnął martwego gefraitra. Chwilę potem pojawiła się zarośnięta twarz. Ciemne oczy przesunęły się po ciele niemieckiego oficera, na chwilę się zatrzymały na jego rozprutym, zalanym krwią gardle. Na ciemnych jamach oczodołów, tak jak on sam nakazał wyłupić oczy mieszkańcom Huszczki Małej – dorosłym, starcom, dzieciom, za to że dali schronienie Boromirowi.
       – Poruczniku, jesteśmy gotowi do odwrotu.
       Porucznik Krzysztof „Boromir” Boniecki, jeden z czterech metamorfów na służbie Polskiego Państwa Podziemnego, właśnie skończył transformację. Uśmiechnął się, przeciągnął wierzchem dłoni po twarzy, na policzku została smuga krwi. Poprawił mundur, przed chwilą nieskazitelnie biały, teraz szarozielony jak mech, pełen otarć i dziur. Oblicze miał blade i pociągłe – odeszły w niebyt rumieńce.
       – Idziemy – zarządził. – Wołaj chłopaków.


       Marek Ścieszek, Nowogródek Pomorski 1 kwietnia 2011



    Podziel się:
    Trackback: http://bloog.pl/id,329590160,trackback

    komentarze (3) | dodaj komentarz

    Ekspiacja

    sobota, 02 kwietnia 2011 19:10

       Lecą. Towarzyszu, nasze urządzenia nie mogą się mylić. Zachód wypowiedział wojnę. Umowy przestały obowiązywać. Pakty zostały zerwane.

       Czerwień. Ogień. Dym. Pęcherze pokrywające ciało. Skóra schodząca płonącymi skrawkami. Palce – sczerniałe, dymiące węzły, zaciśnięte na dyszlu, po którym skaczą rozwścieczone jęzory żaru. Gałki oczne, ścięte, spowite mleczną skorupą ślepoty. Rozpadlina ust, wykrzywiona w grymasie nieustającego cierpienia.
       Wokół Świat, bądź to, co niegdyś nim było. Przemieniony w płomień, zniszczony nieodwołalnie. Wieczny ogień w samym jądrze ciemności Wszechświata. Miejsce niegdyś żywe, brzemienne, teraz wyjałowione świadectwo czyjejś nieprawości. Rodził się, istniał, dawał życie w nieustającym cyklu, trwającym milionlecia. Lecz wystarczył okres dla niego krótki niczym oddech, epizod napisany przez jednego człowieka, by umrzeć. Martwe ciało. Przebrzmiały majestat, relikt, trup dawnego symbolu witalności.

       Nie! Nie mam prawa. Nie minął tydzień, jak rozmawiałem z tym drugim. W Białym Domu. Nasze małżonki wymieniły się przepisami. Po spotkaniu, poza kamerami nazwał mnie przyjacielem. Wypiliśmy po lampce porządnej whisky. Pokazał kolekcję kart bejsbolowych. To niemożliwe.

       Wydaje się, że ów ktoś, ciągnący wypełniony głazami wóz, oraz jego towarzysz są jedynymi żywymi istotami. I kto wie, być może tak właśnie jest. Wóz podskakuje na nierównościach, zdaje się utykać w szczelinach, na podobieństwo labiryntu zmarszczek wypełniających płaskie oblicze spopielonego świata. Jednak sunie z determinacją naprzód, twardo, zajadle, niezmordowanie.
    Człowiek milczy, zasłuchany w monolog stworzenia siedzącego mu na ramieniu, szepcącego do ucha, jakby powierzało jakieś straszne tajemnice, w rzeczywistości zaś nie informującego o niczym, czego by człowiek nie wiedział.

       Musimy odpowiedzieć, towarzyszu! Zanim będzie za późno.
    Nie. Tak się nie godzi. Nie mamy prawa decydować o losie miliardów.

       Tak! To on jest tym, który spalił świat. Tak! To właśnie on zgasił rodzące się w nieustannym, trwającym miliony lat cyklu życie. Jedną decyzją. Chwilą tak krótką, że wystarczyła do naciśnięcia małego przycisku. Tak! Milczy, lecz po to właśnie ma swego towarzysza, by mu o wszystkim przypominał. Stworzenie posiadające własną postać, lecz nie będące niczym innym, jak urealnionym sumieniem. A wędrówka jest jego własną drogą do ekspiacji.

       Mam nadzieję, że znajdzie się w przyszłości ktoś, kto zrozumie i wybaczy.

       Podobno gdzieś tam, w niekończącym się oceanie ognia turkoce jeszcze jeden wóz, ciągnięty przez człowieka z swoim własnym bagażem ciążących niczym głazy win. Czy kiedykolwiek się spotkają?


       Marek Ścieszek, Nowogródek Pomorski 6 marca 2011



    Podziel się:
    Trackback: http://bloog.pl/id,329117259,trackback

    komentarze (0) | dodaj komentarz

    Nie do śmiechu

    sobota, 05 marca 2011 19:09

       Siedzę przy stole, a raczej przy czymś, co służy mi jako stół. Prócz tego czegoś, zbitego byle jak, oraz siennika w kącie, nie mam nic, co mogłoby mi posłużyć jako meble. Nie stać mnie na nie. Opieram łokcie o chropowate, nieheblowane dechy. Prawą dłonią podpieram brodę. W drugiej trzymam fotografię. Uśmiechnięta blada twarzyczka. Oczy, w których tyle cierpienia, ale i radości, patrzą wprost na mnie. Czapka bejsbolowa, a pod nią blada czaszka bez włosów skradzionych przez chemię i naświetlanie. Tylko osiem lat i ani jednego dnia dłużej.
       Wzdycham. Zamykam oczy. Co mnie jeszcze trzyma wśród żywych? Brak żony, która odeszła. Dziecka, którego również już nie ma, ale w przeciwieństwie do niej nigdy już nie wróci, nawet jeśliby chciało. Rozpadające się mieszkanie. Praca? To tylko zajęcie, które nie przynosi mi godziwych dochodów.
       Przeszłość. Jedynie nią żyję. Ona nie pozwala mi odejść. Jestem, by wspominać. Żonę, która odeszła, zabierając meble, samochód, czyszcząc konto w banku. Dziecko, którego już nie ma. Własne życie, utracone bezpowrotnie.
       Mówi się, że naturą rządzi równowaga. Każda, najdrobniejsza nawet istota stoi na straży homeostazy, stanowiąc budulec, z którego ulepiona jest waga ładu i chaosu. Szale tej wagi nie mają prawa wychylić się w żadną stronę. Dobro zrównoważy zło. Radość – smutek. Miłość nie zdominuje nienawiści.
       Każdy z nas pcha kamień pod górę, tyle że u jednego jest to kamyk zaledwie, ale ściana, pod którą go toczy, jest niemal pionowa. Jeśli życie go nie doświadczy, prawdopodobne, iż do głosu dojdzie w nim potwór. Stanie się ciężarem dla innych. Inny na płaskim terenie przetacza ciężar ponad własne siły. Moja droga jest płaska jak naleśnik.
       Widzę, jak przez mgłę, roześmiane twarzyczki dzieci. Słyszę radosne piski. Głaz, który pcham z mozołem przed siebie dzień po dniu, mogę na chwilę zostawić. Nie stoczy się. Będzie na mnie czekał.
       Ocieram łzę, z pietyzmem opieram zdjęcie o pusty lichtarzyk, w którym świeca, pozostawiając po sobie bezkształtną bryłę wosku, wypaliła się do końca. Pod ścianą leżą złożone przybory – wstaję, podnoszę je i zaczynam zakładać, zaczynając od kolorowego stroju. Jest obszerny, wygląda jak wielobarwny worek, być może właśnie dlatego tak śmieszy dzieci. Na twarz nakładam warstwę białego pudru. Policzki powlekam różem. Zakładam pomarańczową perukę. Jeszcze tylko nos z pomalowanej na czerwono piłki do ping-ponga… Nie. Nie „tylko”. To wciąż nie jest koniec.
       Zaciskam lewą dłoń. Prawym palcem wskazującym zataczam nad nią kręgi, coraz dalej i dalej. Na koniec przykładam pięść do ust i dmucham, nadymając się jak ropucha i wytrzeszczając oczy – dla dzieci to kolejny powód do śmiechu. Ale nie ostateczny.
       Kiedy rozwieram palce, powietrze nad dłonią drga, gęstnieje. Stopniowo nicość nabiera realnej postaci. Pojawiają się kolory: niebieski i biały. Słychać kłótliwy, pełen pretensji głosik. Tym razem jest to Kaczor Donald. Dostrzega mnie i natychmiast przybiera charakterystyczną pozę oszalałego boksera. Podskakuje, wymachując ramionami i zapluwając się po same pachy. Gdyby nie był taki mały, miałbym się z pyszna. Strzepuję palcami i Donald znika.
       Mam dar. Daję radość innym, ale zupełnie mi nie do śmiechu. Roztaczam feerię barw, lecz wewnątrz mnie króluje nieprzebita wzrokiem czerń. Jestem bardzo smutnym błaznem.


    Marek Ścieszek Nowogródek Pomorski 6 lutego 2011



    Podziel się:
    Trackback: http://bloog.pl/id,328850214,trackback

    komentarze (0) | dodaj komentarz

    Cuś

    poniedziałek, 31 stycznia 2011 23:45


       – Zenek! Ho no tu!
       – Czego?
       – Popa, no. Co to takie?
       – Skond mnie wiedzieć, kiej trzymasz pod beretko. Zdejm jo, to sie zoboczy.
       – Kiej ni moge, bo do dyla.
       – Może tam nic ni mo?
       – Jak ni mo, kiej czuje jak mnie maca.
       – To te cuś to pewnie wsza je.
       – Kiej by to wsza była, to by gryzła. A to mnie smyra. Tylko nijak sie podrapać bo dyla do i szukaj wiatru w polu.
       – To niech leci i cholera z nio.
       – Kiej by ja chciał wiedzieć, co to takie. Siedział ja se pod sklepem i pił wino. Kiej mnie naszło cuś takie i jak nie zacznie swyndzieć pod beretko. Myśle sobie: oho, Cuś! Złapie, to pewnikiem sie da komu opchnońć. Ludzie gupie som, to wezmom z pocałowaniem rynki. Tylko jak to capnońć, by drapaka nie dało? Przygniótł ja na łbie beretkom, co by wiatr nie zwiał i poszedł ja do domu. Mówie babie: chyć i w te pendy do wora. A ona, że ni chu-chu. Stracha chyciła takiego, że zamkła sie w izbie. To ja poszedł na wioske, szukać kogo do spółki. Tyś sie napatoczył. Łap, Zenek, i trzymaj mocno. Bydzie na skrzynke wina, jak nic.
       – Tedy puszczaj, Heniek. Na trzy. Trzy!
       – I co? Jest?
       – Heniek. Ni chu-chu. Jeno kudły, pare rzepów i kogut. Łeb byś se umył.
       – Co ty mi tu pierniczysz? Kiej było. Umkło, sieroto jedna.
       – Pewnie nic nie było. Swyndzi?
       – Ni.
       – No widzisz. Siadłeś se i głupoty ci sie we łbie zaczeły rodzić, to i swyndziało. Wiesz co, Heniek? Od myślenia jeno łeb boli.


       Marek Ścieszek Nowogródek Pomorski 14 stycznia 2011



    Podziel się:
    Trackback: http://bloog.pl/id,328631135,trackback

    komentarze (1) | dodaj komentarz

    Bestia

    sobota, 15 stycznia 2011 11:10

       Magister Skwarek uśmiechał się pogardliwie. Rozłożony na wygodnym leżaku, z prawą dłonią spoczywającą na blacie plastikowego stolika, mając w zasięgu palców szklankę wypełnioną lemoniadą z ekstra dużymi kawałkami lodu, przyglądał się temu, co wyczyniał nieszczęsny inżynier Błądek. Zwyczajny człowieczek, mały, nieważny, nie obdarzony niczym słusznym, ponad monstrualnych gabarytów małżonkę i siódemkę rozwydrzonych bachorów. Skwarek wręcz upajał się widokiem grzebiącego przy rachitycznej kosiarce do trawy Błądka.
       – Może pomóc? – krzyknął, nadając swemu głosowi pozory współczucia, wiedząc doskonale, że podniesie tym ciśnienie Błądkowi i że uzyska odpowiedź odmowną.
       – Dzięki, sąsiedzie – jego przypuszczenia się potwierdziły – dam sobie radę.
       Skwarek pokiwał głową i wzniósł dłoń w solidarnym geście, w której to dłoni zmaterializowała się właśnie szklanka z lemoniadą. Błądek, zdawało się, nie dostrzegł, jak naczynko przesuwa się siłą woli magistra w kierunku jego dłoni, jednak Skwarek doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że to tylko pozór. Błądek widział to! I zazdrościł. Tak, bo on sam był zwyczajny aż do obrzydliwości. Nie to, co Skwarek.
       Gówniarzeria zza niskiego żywopłotu wyłaziła wręcz ze skóry, wypełniając sobotnie osiedlowe popołudnie nieznośnym wrzaskiem. Tytaniczna inżynierowa dzielnie sekundowała pociechom swym piskliwym wwiercającym się w umysł niczym lodowa igła głosikiem. Jednak magistra to dzisiaj nie ruszało. Odstawił szklankę i spojrzał na własny, zadbany trawnik. Tu i ówdzie pojawiły się wyższe łodyżki traw. Nawet nie było potrzeby interwencji, ale Skwarek czuł się w obowiązku przypomnieć Błądkowi, kto tu jest duży a kto tyci i nieistotny. Nie musiał się nawet za bardzo skupiać, wystarczyło że lekko zmarszczył brwi i podniósł lewy kącik ust.
       Już po chwili nieliczne, dające się policzyć na palcach dwóch dłoni wyschłe ścinki trawy, zabawki pozostawione przez dziecko, owady różnej wielkości i gatunku, a nawet kot, nie dość bystry by umknąć zawczasu, wirowały w powietrzu, jak różnobarwne motyle, tworząc przejrzystą chmurę, która żyje, czuje, widzi i planuje. Twór ów przesunął się kilkanaście metrów i opadł bezwładnie wprost na trawnik inżyniera – kocur, skrzecząc przeraźliwie, natychmiast zniknął w dali. Po sąsiedzku ustały agonalne pierdnięcia kosiarki, która nie miała prawa odpalić. Błądek patrzył i nie śmiał zaprotestować. I dobrze.
       Skwarek opuścił powieki i uśmiechnął się sardonicznie. Nadszedł czas ożywić bestię.
       Drzwi garażu majestatycznie podążyły do góry. Z głębin wnętrza pomieszczenia dobiegł basowy ryk pożeraczki trawy, który usłyszano pewnie na drugim końcu osiedla. Ogromna, chromowana, lśniąca, gotowa służyć, pojawiła się na podjeździe. Skwarek skinął nań palcem. Bestia, powarkując, ruszyła w jego kierunku.


       Marek Ścieszek Nowogródek Pomorski 12 grudnia 2010



    Podziel się:
    Trackback: http://bloog.pl/id,328536426,trackback

    komentarze (0) | dodaj komentarz

    Włamanie

    czwartek, 30 grudnia 2010 19:03

       Magister Skwarek uśmiechał się pogardliwie. Jak zwykle. Grymas ten utrwalił mu się osobliwie w momencie dekapitacji i nic a nic się nie zmienił, mimo dramatycznego zejścia z tego łez padołu.
       – Co tu się stało?
       Pytanie pozostało bez odpowiedzi. Głowa magistra, przypięta do deski, zawieszona z powrotem na ścianie, z awersją przyglądała się Karolowi. Wyjaśnienia nie udzieliła mu również ocierająca się przymilnie o jego ramię Bestia. Musiał więc sam zapoznać się z faktami. Te zaś były bezsporne.
       Dokonano włamania, zuchwałego, połączonego z wandalizmem. Po drzwiach zostały jedynie wspomnienia. To nie Karol wezwał milicję. Pewnie jakiś przejęty sąsiad. Ledwie zdążył schować w piwnicy wszystkie tropy łączące go z Bestią oraz tym, co zwykła spożywać, gdy na chodniku przed jego mieszkankiem już parkowało chyba z dziesięć polonezów, migających, wyjących jakby ich kierowcy postradali rozum.
       Po tym, jak milicja opuściła wreszcie miejsce zbrodni, pierwszą czynnością wykonaną przez Karola było zerwanie taśm milicyjnych, łopoczących na wietrze jak różnobarwne motyle i zastawienie opustoszałych futryn rozerwanym kartonem, w którym niegdyś zamieszkiwała Frania, pierwsza pralka Karola. Chwilę potem otworzył klapę do piwnicy i zawołał Bestię. Wyłoniła się natychmiast, ogromna, przewyższająca go o głowę.
       Nabył ją ładnych parę lat temu na stadionie Dziesięciolecia, od jakiegoś Ruska w szpiczastej czapce czerwonoarmiejca. Pamięta to nadal – czapka miała jaśniejsze miejsce po odprutej gwieździe i z łatwością mogłaby pomieścić nowy nabytek. Bestia nie wyglądała wówczas groźnie. Rosła jednak jak na drożdżach i potrzebowała dużo żarcia. Z miesiąca na miesiąc, ba, z tygodnia na tydzień pochłaniała go w coraz większych ilościach. Nie ważne, surowego czy wciąż żywego, aby tylko ociekało krwią – innego nawet nie tknęła końcem kiełków, teraz niemalże szabel.
       Podczas gdy Karol przechadzał się po pomieszczeniu, milczała wodząc za nim spojrzeniem i mrucząc rozkosznie.
       Magister Skwarek też milczał. Jedynie uśmiechał się z pogardą, jakby pojadł wszelkie rozumy. Za życia był bezpośrednim przełożonym Karola. Któregoś dnia pojawił się niezapowiedziany. Wpadł jak do siebie, z krzykiem i bzdurnymi pretensjami o niewykonany plan. Wrzeszczał jakieś groźby, że Partia nie wybacza. Bestii nawet nie zdążył dostrzec. Podeszła doń od tyłu i jednym machnięciem łapy oderwała mu głowę. Po czym resztę ciała zżarła ze smakiem.
       Teraz nie wyglądała na głodną. Dziwne, bo przecież nie jadła od trzech dni – właśnie dlatego Karol poszedł do mięsnego na drugim końcu miasta, zostawiając ją samą na wiele godzin. Przerwał więc prywatne dochodzenie. Spojrzał na Bestię, ta zaś przysiadła na zadzie, przygarbiła się. Z jej gardła dobył się szereg urywanych, głuchych charknięć.
       – Kłaczek? – zapytał Karol.
       Coś wypadło z paszczy Bestii i potoczyło się pod krzesło. Karol pochylił się, podniósł i wytarł dokładnie o firankę.
       Skórzana okładka. Czerwona. Orzełek. Legitymacja partyjna.
       Karol otworzył i przeczytał na głos:
       – Młodszy Inspektor Leon Kożuszek. Ministerstwo Spraw Wewnętrznych. Tajny Resort Spraw Anormalnych.
       Westchnąwszy, Karol spojrzał na karton w zdewastowanej futrynie, na liczne kałuże krwi, czerwone odciski milicyjnych buciorów odbite na deskach podłogowych. Wreszcie na Bestię.
       – Nic się nie stało – mruknął z miłością w oczach i wyciągnął dłoń. – No, chodź, maleńka.
       Bestia, powarkując, ruszyła w jego kierunku.


       Marek Ścieszek Nowogródek Pomorski 30 grudnia 2010



    Podziel się:
    Trackback: http://bloog.pl/id,328448832,trackback

    komentarze (0) | dodaj komentarz

    Ned Kentucky

    środa, 29 grudnia 2010 18:47

       Ned Kentucky miał wszystko, czego potrzebował do szczęścia. Pochodzącą z wyższych sfer żonę, parkę pyszałkowatych dzieci, dobrze płatną funkcję na szczytach bankowej hierarchii, willę z basenem, kochankę. Nie, chyba dwie albo trzy kochanki. No i nie jąkał się. Miał doskonałą dykcję, niczym prezenter radiowy, albo aktor podkładający głos w audiobookach. Jednak Nedowi wciąż było mało. Zapragnął czegoś, czego mieć nie mógł. Moją żonę. Mało tego, przyjechał do mieszkanka, które wynajmowałem w centrum miasta, i wprost mi o tym powiedział.
       Siedzieliśmy przy stole w klitce, która służyła mi jako kuchnia. Lucy i ja po jednej stronie, on sam po drugiej, mając za plecami dwóch ochroniarzy o bandyckim wyrazie kwadratowych gęb
       – Nie bądź głupi, Willy – przekonywał beznamiętnym głosem Ned. – To tylko jeden dzień z życia Lucy. Nawet nie zauważysz, kiedy wróci do domu. Razem z grubym plikiem zielonych. Dobrze się zastanów, na co mógłbyś wydać tyle forsy. Kupiłbyś żonie nowe mieszkanie, jakąś kieckę, bo ta, którą teraz ma na sobie, dodaje jej ćwierć wieku. Wysłałbyś do drogiej stylistki. Lucy zasługuje na dużo więcej.
       Pokręciłem głową, z przyczyny znanej nam obu wciąż nie odzywając się ani słowem. Od początku rozmowy nie spuszczałem wzroku z goryli, zastanawiając się, czy daliby mi czas abym dopadł Neda. Z całą pewnością, mimo że wyglądali na szybkich. W szkiełkach ich czarnych okularów widziałem odbicia własnej twarzy. Bladych warg zaciśniętych w wąską kreskę. Zmrużonych oczu, nieprzytomnych z urazy.
       Ned zaśmiał się.
       – Twoją żonę pamiętam jeszcze ze szkoły. Była najpiękniejsza. Moja Mary mogłaby nosić jej tornister. Jednak Lucy wybrała ciebie, Willy. Największego pętaka w szkole, żyjącego na uboczu. Samotnika. Jąkałę. Doprawdy, nie wiem dlaczego.
       – I-i-idź już, N-n-ned.
       Jak zwykle się przy tym oplułem, jednak ton mego głosu sprawił, że mina mu zrzedła. Chciał coś powiedzieć, ale zrezygnował. Wstał i skinął głową na ochroniarzy.
       – Jak uważasz, Willy – rzucił z gniewem. – Zawsze byłeś pętakiem.
       Wyszedł pierwszy, tuż za nim ulotnili się goryle, obdarowując mnie pełnym pogardy spojrzeniem zza czarnych okularów. Zasłuchany w ich kroki na klatce schodowej, rzuciłem pytające spojrzenie Lucy. Uśmiechnęła się i skinęła leciutko głową. Tylko tyle mi było potrzeba.
       Zmaterializowałem się we wnętrzu limuzyny Neda. Był tam sam, oddzielony od ochroniarzy przyciemnioną dźwiękoszczelną szybą. Wytrzeszczył ślepia na mój widok, rzucił się w kierunku przełącznika interkomu. Dla mnie był jednak śmiesznie powolny. Złapałem go oburącz za gardło.
       – Nie wiesz o mnie wszystkiego. Jąkam się jedynie wtedy, gdy jestem taki jak ty. Jak Lucy, niegdyś – wydyszałem wprost w jego wykrzywioną w bólu i przerażeniu gębę. – Ale nie zawsze taki jestem. Co zaś do mojej żony, wybrała mnie bo przy nikim innym nie czuła się tak bezpiecznie.
       Usłyszałem cichy trzask jego kręgów szyjnych, niemal jednocześnie pod palcami wyczułem bezwład.
       – Poza tym, mogłem jej podarować coś znacznie cenniejszego, niż twoje zielone, Ned – wyszeptałem, mimo, że nie mógł mnie już usłyszeć. – Nieśmiertelność.
       Jego krew smakowała wyśmienicie.

       Marek Ścieszek, Nowogródek Pomorski 9 sierpnia 2009



    Podziel się:
    Trackback: http://bloog.pl/id,328439162,trackback

    komentarze (0) | dodaj komentarz

    Ostatnia wieczerza

    sobota, 11 grudnia 2010 17:39

        Hrabia Chryzostom Onufry Pac wybałuszył ślepia. Stare szczęki przestały przeżuwać mięsiwo, ustając w znoju tłoczenia krwistych grud w dół przewodu pokarmowego. Kość gnykowa natomiast podskoczyła dwakroć, niczym spławik na zawodach wędkarskich, po czym również znieruchomiała. Blade, pokryte plamami oblicze poczerwieniało, na czoło wystąpiły grube krople potu, na skroniach wybrzuszyły się sine skiby żył. Ostatni potomek familii litewskich magnatów stęknął boleśnie, by chwilę potem runąć obliczem w misę z jadłem i zakończyć linię rodu definitywnie. 
        Niby nic nie wskazywało na tak niepomyślne zakończenie wieczerzy. Niby nikomu nie postało w głowie, iż posiłek ów będzie wieczerzą, nomen omen, ostatnią. Posilał się we względnym milczeniu. Znaczy, nie gadał, choć od rana wylał z siebie potok słów stokroć głębszy niż przez ostatnie ćwierć wieku, które przesiedział w fotelu, otulony w gruby ciepły koc, ślepy i głuchy na otoczenie. Nie gadał, ale ciapał, mlaskał i bekał co chwila gromko, zatem „względne” pasowało w tym przypadku zdecydowanie bardziej, aniżeli „zupełne” czy „całkowite”. Ciapał i wodził spojrzeniem za najmłodszą z służek, z pewnością nie bez powodu, a pewnie wręcz przeciwnie.
       Od lat wielu przykuty do fotela, mógł co najwyżej cichutko popierdywać w siedzisko. Nikt jednak z kilkunastoosobowej służby nie wiedział, że w duszy, w umyśle, w swym jestestwie każdy jego dzień, godzina, minuta czy sekunda wypełnione były wrzaskiem. Nieustanną pretensją do Boga, za to, co go spotkało, a czego genezy nikt już nie pamiętał, bo minione lata pokryły to kurzem zapomnienia.
       Ten dzień był wyjątkowy. Być może znudzony już ustawicznym marudzeniem, Stwórca podarował mu szczyptę wigoru, która postawiła starca na nogi. Jego głos wciąż rozbrzmiewał w uszach Paca wiecznym echem:
       Dam ci jeszcze jedną szansę, ale resztę lat spędzisz pod nieustanną obserwacją. Mój skrzydlaty posłaniec będzie mi co tydzień zdawał relację. Opiekuj się nim jak nikim innym w swoim marnym życiu. Traktuj jak przyjaciela.
       Pac przybił umowę z Bogiem i przywitał dzień i służbę na nogach, krzycząc co tchu w dość już zdezelowanych płucach. Kilkanaście następnych godzin zmienił im w znojne piekło. Z pewnością chciał nadrobić stracone lata i wycisnąć z darowanego mu przez Stwórcę czasu jak najwięcej się uda. Przejażdżka automobilem po mieście, nieudane polowanie na ostatniego w okolicy niedźwiedzia, pochędóżka z przydybaną na słaniu mu łoża służącą. A na koniec pełnego wrażeń dnia wystawna wieczerza.
       Mięso. Zażyczył sobie krwisty stek własnej wielkości. Skąd go mieli wziąć? No skąd? Jedynym dawcą mięsiwa w spiżarni były wychudzone na pańskim wikcie myszy. Kiedy więc zapytał co je, wystąpił najodważniejszy z kuchcików. Chwilę podłubał w nosie, po czym powiedział zgodnie z prawdą:
       – Dobrodzieju kochany, a stał se w stajni taki mały konik ze skrzydłami. To my go rachu-ciachu.


       Marek Ścieszek Nowogródek Pomorski 21 listopada 2010



    Podziel się:
    Trackback: http://bloog.pl/id,328276844,trackback

    komentarze (0) | dodaj komentarz

    Echo

    wtorek, 26 października 2010 18:22

        Szczelina w skalnym podłożu sięgała piekielnych czeluści. Nad nią wznosiła się kładka z dwóch sosnowych bali. Zabezpieczeniem była pojedyncza poręcz z napiętej do granic możliwości liny. Na poręczy przykucnęło stworzenie, którego w żaden sposób nie można było pomylić z czymkolwiek innym. Licho. Wychudłe, ze sterczącymi żebrami ale, jak to z lichem bywa, wesołe i krzykliwe.

        - Wielki władca - szydziło - a boi się zwykłej kładki.

        Właściwie to było się czego bać. Jedynie głupcy i samobójcy by się nie lękali, a król ewidentnie nie był samobójcą. Do głupich również się nie zaliczał. Spoglądał więc to na mostek, to na złośliwe licho, stojąc i ani myśląc iść dalej.
        Licho zaś nie ustawało w szyderstwach.
        - Myślałby kto, że to nie on sam we własnej osobie, a baba się za króla przebrała, złotą koronę na łeb założyła.
        Władca sapnął za złością.
        - Milcz, pokrako - warknął. - Bo mieczem prześwięcę.
        - A jak to uczynisz, panie? Stojąc tam i drapiąc się w zadek?
        - Drapię się bo swędzi - odparł król. - A ty możesz zaraz swój stracić. Wezwij echo.
        Licho poruszyło się, rozprostowało pokryte czarną mechatą błoną skrzydła, załopotało nimi i ponownie przycisnęło do ciała. Otwarło paszczę na pełną szerokość i ziewnęło.
        - Nie chce mi się.
        Król położył dłoń na głowicy miecza, niedwuznacznym gestem wskazał rękojeść palcem drugiej dłoni.
        - Mam użyć tego?
        - A proszę bardzo - zachichotało licho. - Jeśli od tego przestanie cię dupa swędzieć, to włóż go sobie aż po jelec.
        Po czym ostentacyjnie odwróciło się w kierunku władcy własnym włochatym zadem. Król westchnął tylko, dał krok w stronę mostku, wyciągając jednocześnie miecz z pochwy. Wydawać się mogło, że licho nie zareagowało. Jedynie jego chudy, kościsty palec wskazujący drgnął nieznacznie i władca zatrzymał się, zmuszony do tego siłą, której nie potrafił się oprzeć.
        - Aby wejść na kładkę musisz zamknąć oczy.
        Król spojrzał na licho podejrzliwie.
        - To jakaś gra?
        - Taka w: „ja mówię, ty robisz".
        Król obserwował przez chwilę strażnika kładki, mrużąc oczy i próbując dopatrzyć się śladu kpiny. Widocznie nie wiedział, że przejście nad szczeliną obłożone zostało silnym czarem ochraniającym. Jeśli się próbowało przejść zwyczajnie, z otwartymi oczami, kładka ni stąd ni zowąd umykała spod nóg i intruz leciał w dół. A że przepaść sięgała dna bytu, czekała go śmierć głodowa, bo nie istniała najmniejsza szansa na to aby osiągnął cel w ciągu stu lat.
        W końcu wzruszył ramionami i zamknął oczy. Mostek przesunął się półtorej stopy w lewo, niczym kot podkładający łeb pod pańską rękę, bo władca na ślepo nie wycelował.
        - Już, panie. Możesz otworzyć oczy.
        Władca uczynił, jak mu kazano, i momentalnie złapał się kurczowo liny. Znikła jaskinia, znikły ściany. Była tylko kładka zawieszona nad bezdenną czeluścią. Oraz spoważniałe licho.
        - Nie bój się, królu. Wsłuchaj się w pamięć świata. Podsłuchaj tego, o czym szepcą bogowie losu. Zbudź echo ich głosów. Wypowiedz imię, o którym teraz myślisz.
        Król przełknął ślinę, wychylił się poza linę, nabrał w płuca powietrza. Przez krótką, straszną chwilę zapomniał imienia swej złożonej boleścią małżonki. Jak tylko się pojawiło w głowie, krzyknął:
        - Eleonore!
        Niemal natychmiast przyszła odpowiedź. Echo, zwielokrotnione głębią, odpowiedziało, zaś król złapał się oburącz za głowę i zawył. Wyszarpnął miecz i zamachnął się na licho. Nie trafił. Ostrze przecięło linę, kładkę przeszły wibracje, zaś królowi nie udało się zachować równowagi.
        Spadając wciąż słyszał echo. Brzmiało jak śmiech, złośliwy chichot licha.

        Marek Ścieszek Nowogródek Pomorski 17 września 2010



    Podziel się:
    Trackback: http://bloog.pl/id,6532542,trackback

    komentarze (0) | dodaj komentarz

    Flesz

    poniedziałek, 25 października 2010 16:09

        Wszystko się zaczęło od wypadku, pięć lat temu. W drodze powrotnej z pracy w mego fiacika wjechał opel Astra. Pamiętam niewiele: markę oraz kolor karoserii - była biała jak flesz. Błyskawica, która pojawiła się tuż za ostrym zakrętem i wyłączyła mnie na kilka dni. Gwałtowne wyładowanie, które miało mi już towarzyszyć przy każdym przeskoku jako bezpośrednia zapowiedź samego cofnięcia się, ale także tego, co się działo w innym czasie, bądź innym wymiarze - tym właściwym.

        Flesz. Niewiele więcej pamiętam. Rozbłysk światła na upiornie białej Astrze, wybuch oraz ludzi, którzy pojawili się niemal natychmiast i wyciągnęli mnie z płonącego auta. Trwający ułamek sekundy zwiastun czegoś niezwykłego, tak wtedy, jak i teraz.

       Wypadek zostawił po sobie trwalszy ślad, niźli ten fizyczny. Odebrał mi zdrowie i na zawsze zmienił życie. Dał jednak coś w zamian - za złamany kręgosłup, za poparzone w trzech czwartych ciało, za cierpienie, za życie spędzone na wózku inwalidzkim. Przeskoki, których nie chcę, które z chęcią zamieniłbym z powrotem na zdrowe ciało.
        Pierwszy raz flesz pojawił się jeszcze w szpitalu, w czasie długotrwałych, jakże męczących rehabilitacji. Nie czułem na sobie ugniatających me ciało palców pielęgniarki, mimo że bardzo się starałem to sobie wmówić. Nie czułem nic. W pewnym momencie oślepiło mnie odbicie czegoś olśniewającego, krótkie jak błysk migawki aparatu fotograficznego. A potem wróciła ciemność. Dotknęły mnie dłonie pielęgniarki i odpłynąłem wprost w wydarzenia, widziane nie swoimi oczyma.
        Zobaczyłem kobietę, przyglądającą się swoim zakrwawionym udom - byłem tą kobietą. Widziałem dziecko, noworodka, otulonego w przesiąkniętą czerwoną wilgocią szmatę. Widziałem moje własne, drobne kobiece dłonie tulące do piersi poruszające się zawiniątko. Na koniec zobaczyłem czarną czeluść studzienki kanalizacyjnej w jakiejś ciemnej podmiejskiej uliczce i usłyszałem plusk wody oraz zgrzyt na powrót zamykanego włazu.
        A potem był pożar. Huczący żywioł, który przywrócił mnie do rzeczywistości. Płonął szpital. Przeżywałem po raz kolejny to samo. Tylko, że tym razem zdołano mnie wyciągnąć bez dodatkowego uszczerbku.
        Od pierwszego przeskoku wkrótce minie pięć lat. Nie potrafię powiedzieć, ilekroć w tym czasie spoglądałem na przeszłe wydarzenia oczyma innych ludzi. Za każdym razem powracałem w świat płomieni, z którego uchodziłem z pomocą kogoś obcego - promyk życia w żywiole obliczonym na niszczenie, nieświadomie wywoływanym przez moje nowe zdolności. Flesz.
        Staram się ograniczać. Nie pozwalam się dotykać innych ludziom. Nie myślę o ich małych grzeszkach, czy wielkich zbrodniach. Niech gniją w bagnie zapomnienia.
        Bóg mi świadkiem, jak bardzo się staram. A jednak...
        Tydzień temu zobaczyłem go po raz drugi w życiu. Poznałem po nazwisku na plakietce. Człowiek w policyjnym mundurze. Ten sam, który posadził mnie na wózku inwalidzkim. Ten, który uczynił ze mnie potwora bez skóry niemal na całym ciele, wytykanego palcami, którym straszy się dzieci.
        Wtedy, pięć lat temu los nie dał mi czasu, bym mógł go zobaczyć. Znacznie później, podczas krótkiej rozprawy sądowej, zobaczyłem go na sali, całego i zdrowego - z wypadku wyszedł bez zadraśnięcia.
        Jeszcze tylko ten jeden raz. Po raz ostatni spojrzę w przeszłość czyimiś oczyma - zajrzę do wnętrza białego opla Astry. A w swoim czasie i swojej rzeczywistości, chyba po raz pierwszy z pełną premedytacją, rozniecę ogień...

    Marek Ścieszek, Nowogródek Pomorski 29 sierpnia 2010



    Podziel się:
    Trackback: http://bloog.pl/id,6528587,trackback

    komentarze (0) | dodaj komentarz

    Mapa

    środa, 01 września 2010 11:12
    Plan był świetny. Nie mógł zawieść. Zwłaszcza, że drogę ucieczki z obozu jenieckiego wskazywała niezwykle dokładna, nie pozostawiająca pola do interpretacji mapa. Na białym tle, mogącym oznaczać wyłącznie wzgórza oraz okoliczne lasy, rozmieszczone zostały czarnej barwy symbole budynków, murów a także tutejszych miasteczek. Trójka spiskowców miała przed sobą szansę, której nie można było zmarnować.
    - Wspaniała mapa, generale.
    - Dziękuję, Wasza Cesarska Wysokość. Proszę spojrzeć. Tutaj wyjdziemy z naszego blokhauzu. Oczywiście będziemy musieli poczekać na księżyc w nowiu.
    Generalski palec dotknął mapy i jął przeskakiwać od plamy do plamy.
    - W tym miejscu rozmieszczone są budynki wartownicze. Zmiana warty następuje co osiem godzin. Wiem, bo przyglądałem się. Trzykrotnie plac musztrowy patrolowany jest przez strażnika z latarnią. Z częstotliwością mniej więcej dwuipółgodzinną. Wystarczy odczekać aż strażnik zniknie w budynku i mamy aż sto osiemdziesiąt minut na realizację planu. To dość czasu, by niezauważenie, przy samym murze, o tu, przebiec siedemdziesiąt osiem metrów. Do furtki na tyłach. Nie strzeżonej przez nikogo. I nie zamkniętej. Wyobraża to sobie Wasza Cesarska Wysokość, jaki brak profesjonalizmu? Mieć w swojej władzy najwybitniejszego męża stanu w historii ludzkości i nie przedsięwziąć wszelkich środków, by go zatrzymać w więziennych murach.
    Imperator pokiwał głową i zwrócił się do trzeciego ze spiskowców:
    - Co pan myśli, panie admirale? Jak panu się przedstawia plan generała?
    - Jest prosty. - Admirał tarł w zafrasowaniu policzek, ani przez chwilę nie przestając studiować mapy. - Zaś mapa dokładna. Plan może się powieść. Co prawda brak straży przy furtce może sugerować zasadzkę, jednak lepiej zginąć w walce, niż tkwić tu kolejne lata.
    Generał żachnął się.
    - Nikt nie zginie, admirale - rzucił z godnością. - Z taką mapą nie może nam się nie udać. Los nam sprzyja.
    - Pańskie krzyki sprowadzą nam na głowy strażnika - syknął admirał. - O! Już idzie. Szybko, chowajmy mapę.
    - Za późno. Udawajmy idiotów. Admirale, zrób pan zeza. Wasza Cesarska Wysokość mogłaby kręcić się w kółko i pokrzykiwać na zdrajców w armii?

    ***

    - A, tu żeście się zabunkrowali. No już, biegiem do stołówki. Za chwilę będzie obiad.
    Ubrany na biało pielęgniarz patrzył przez chwilę za oddalającą się trójką, kiwając przy tym głową i uśmiechając się krzywo. Naraz jego wzrok spoczął na mapie.
    - A, pójdziesz stąd, Azor! Cholerny dalmatyńczyk.

    Marek Ścieszek, Nowogródek Pomorski 2 maja 2010 


    Podziel się:
    Trackback: http://bloog.pl/id,6359199,trackback

    komentarze (1) | dodaj komentarz

    O północy

    poniedziałek, 26 lipca 2010 19:36

    Kiedy człowiek dostaje kulkę w głowę, zaczyna myśleć. Co zrobił w swym życiu. Czego dokonał. Czy w pamięci potomnych zachowa się jako mężny, lecz sprawiedliwy, czy łotr godzien najwyższej pogardy. I czy nie warto czegoś zmienić.

    Tim Wright podrapał się końcem lufy tuż pod rondem kapelusza, w miejscu, do którego przystawiono mu rewolwer i wpakowano zabójczy skrawek ołowiu. Od kilku godzin swędziało go tam jak cholera - pamięć szczątkowa? Czucie stracił tamtego dnia, kiedy siedział odwrócony tyłem do wejścia do saloonu, zapatrzony w karty, nie widząc zbliżającego się doń szczeniaka ze starym, zardzewiałym coltem ukrytym w rękawie. A jednak swędziało.

    Zakręcił dla wprawy na palcu kawałkiem wiernego żelaza, niczym rewolwerowiec z krwi i kości, i wepchnął go do kabury, nie dopinając sprzączki. Prawą połę płaszcza zaczepił o pas z nabojami na plecach, by nie zawadzała. Poprawił kapelusz i rozejrzał się.
    Co myślą ci wszyscy zebrani po obu stronach zapylonej ulicy miasteczka, widoczni doskonale w świetle księżyca? Komu sekundują? Jemu - nowemu mieszkańcowi, który pojawił się zaledwie tydzień temu i już wystąpił o prawo do czegoś, o co nieczęsto walczyli nawet ci z wieloletnim stażem? Nuworyszowi z raczej mizerną przeszłością. Czy temu drugiemu, szanowanemu obywatelowi?
    W tłumie widm wyróżniała się młoda prostytutka. Pod bliznami, szpecącymi jej bladą twarz, kryło się dawne piękno. Patrzyła na niego, Tima Wrighta, i uśmiechała się zalotnie. Prawy oczodół miała pusty, gałka oczna zwisała zeń na długiej, lśniącej nitce, sięgając niemalże kącika ust. Za to w drugim Tim wyczytał przychylność. I obietnicę czegoś jeszcze milszego niźli zwycięstwo w pojedynku.
    Odwzajemnił uśmiech, dotykając jednocześnie skraju ronda kapelusza. O starych uprzejmościach nie powinno się zapominać. Nigdy. Zwłaszcza tutaj, gdzie paleta przyjemności i międzyosobowych relacji została tak diabelnie okrojona.
    Sprzedawcy, kurtyzany, poganiacze bydła, zwykli mieszkańcy, jak jeden mąż i niewiasta zaprzestali szeptów i domysłów, bo oto zegar na wieżyczce ratusza uderzył po raz pierwszy. Kiedy zabrzmi dwunaste uderzenie rozlegnie się strzał.
    Kto wypali pierwszy?
    - Jesteś pewny, że tego chcesz?
    Głos przeciwnika tchnął wesołym spokojem. Słowa co prawda trudno było rozpoznać ze względu na szeroką rozpadlinę ciągnącą się przez całe gardło mówiącego - pamiątkę po spotkaniu z nożem pewnego czerwonoskórego. Jednak Tim wiedział. Tutaj czasami nie trzeba było mówić, by zostać zrozumianym. Tutaj panowały zupełnie inne fizyczne porządki.
    Czwarte uderzenie...
    - Mam prawo.
    - Każdy ma - przyznał rywal. - Ale nie jesteś pierwszym, który próbował.
    Siódme uderzenie...
    - Mam do tego prawo - powtórzył Tim.
    Przeciwnik tylko skinął głową.
    Dziesiąte uderzenie... Jedenaste...
    Zdawać się mogło, że jeden z uczestników postąpił wbrew zasadom, jednak to było złudzenie - strzał rozbrzmiał jednocześnie z ostatnim dźwiękiem zegara. Kula z impetem uderzyła w widoczne spod kamizelki blade ciało, odłupując skrawek żebra, i nie tylko. Przegrany upadł na ziemię jak rażony gromem. Tłum westchnął jednogłośnie.
    Kilku natychmiast podbiegło do leżącego, pomogli mu wstać. Reszta otoczyła zwycięzcę. Ponad głowami wzleciał kawałek metalu, rzucony przez pokonanego. Tim złapał i zacisnął na nim z całej siły dłoń.
    - To teraz twoje.
    Wright długo zwlekał, wsłuchany w kakofonię wznoszonych zewsząd gratulacji. A potem spojrzał. Na dłoni leżała srebrna gwiazda. Jedno z jej ramion nosiło ślad po jego pocisku, jeszcze gorący.
    W Dead Town pojawił się nowy szeryf.


    Marek Ścieszek, Nowogródek Pomorski 4 lipca 2010

    Podziel się:
    Trackback: http://bloog.pl/id,6230069,trackback

    komentarze (0) | dodaj komentarz

     12  »

    sobota, 28 stycznia 2012

    Licznik odwiedzin:  6 096

    Kalendarz

    « styczeń »
    pn wt śr cz pt sb nd
          01
    02030405060708
    09101112131415
    16171819202122
    23242526272829
    3031     

    O moim bloogu

    Copyright © by Marek Ścieszek All rights reserved ... czy jakoś tak :)

    Księga Gości

    Ostatni wpis w księdze:

    • data: 05.09.2011 22:04:49
    • autor: Lynx
    • treść: :) No to sobie poczy...

    Głosuj na bloog






    zobacz wyniki

    Wyszukaj

    Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

    Subskrypcja

    Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

    Statystyki

    Odwiedziny: 6096
    Wpisy
    • liczba: 29
    • komentarze: 8
    Księga gości: 11
    Bloog istnieje od: 1378 dni

    Lubię to